Jak to się dzieje, że regulaminowe zapisy mówiące o tym, że coś mi tam usuną jak się nie będę logowal nie działają w przypadku blox.pl? No chyba, że tu takiego zapisu nie ma, sprawdzać mi się nie chce. Leń, leżę na kanapie, czasem se ziewnę, się podrapię, się znudzę to se muchę złapię... No ale ale, po tych niemal trzech latach ciągle coś tu tkwi, i choć mi tych słów poniżej zasadniczo wstyd, to se wrócę. A co! Se wrócę normalnie.
Ja: moze ja sobie probuje odbic to czego w domu nie mialem? Rozmówca: opieki ojca Ja: ano Rozmówca: prawdopodobna teoria... w sumie to troche przerazajace, ze ciagle jakies dziecko w nas siedzi mi chyba tez, takiej dyskretnej troski trzeba Ja: ale to naprawde przerażające ze ten czlowiek tyle w moim zyciu namieszal Rozmówca: ehh, gupie to wszytsko Ja: gupie, bez ł Rozmówca: bez bez
Czy to naprawdę może być tak b-analne? (aż jestem teraz ciekaw źródłosłowu)
Nie byłem nigdy przekonany do tych wszystkich podręcznikowych teorii. Zaborcza matka, nieobecny ojciec. To miałoby niby decydować o orientacji? Chyba do dziś nie jestem przekonany. Ale co z tego? Niezależnie od orientacji i matka i ojciec odcisnęli na mnie swoje piętno. I z nim chodzę próbując zeskrobać resztki. Nie bez powodu psycholog mówiła, że rodziców można zostawić tysiąc kilometrów za plecami, a i tak będą kierować naszym życiem, gdyż w większości przypadków doskonale zdołali wryć się w naszą podświadomość. Jakże wielkie było moje zdziwienie kiedy uświadomiła mi, że nawet będąc w innym mieście, biorą udział w podejmowaniu przeze mnie decyzji. Ale, wracając... jedno jest pewne. Troska mojego ojca osiągała szczyty dyskrecji. Szczęśliwym musiał być człowiekiem szczytując tak nieustannie. Zaczynam kpić... a to już niedobrze. Najgorsze to - i prześladuje mnie ta myśl - że ja wiem, że on w środku nie jest taki. Były precedensy. Próbuje tylko na siłę pokazać, że jest bezdusznym gnojem. Tylko czy mam prawo jego obarczać winą za swoje życie, jego którego nienawidzę i któremu współczuję. I nigdy bym nie pomyślał, że suma tych dwóch uczuć daje miłość. A jednak...
Odciąża moją krew Przemierza żył korytarze Całego świata jęk Każda ludzkości obawa
Udeptuję skórę tej Skąpanej w mroku planety Z naiwnością na którą stać Stać chyba tylko dziecko
Dyskretnej troski trzeba mi
Nadwrażliwość to mój wróg Przerost duszy nad rozumem W głowę kopcie mnie może Może ozdrowieję
Dyskretnej troski...
(„Dorosłość jak początek umierania”, Hey, ?, 1995)
Nie mam ostatnio chęci pisania, ale stosunkowo często miewam taką potrzebę. Może więc warto czasami przełamać lenistwo i zacząć pisać... albo literki popłyną same, albo nie, i i tak notki nie będzie. Zastanawiałem się dziś, jadąc z wizyty w domu rodzinnym z powrotem do Wrocławia, jak to jest z moimi zdolnościami do przystosowywania się. Skąd to w ogóle, że niektóre jeszcze nie tak dawno niewyobrażalne zmiany przyszły mi tak łatwo, a inne, pozornie banalne sprawiają mi wielki kłopot. Doszedłem w ten sposób do pytania o granicę bycia sobą. Jak daleko można posunąć się w zmianach, by nie zatracić siebie, niezależnie nawet od tego czy te zmiany są przeze mnie pożądane, czy też nie. W którym miejscu ja to jeszcze ja, gdzie przebiega ta cienka granica za którą trudno będzie mi już mówić o sobie. Nie ukrywam - zawsze chyba czułem się na świecie dość obcy. Powodów było wiele i to nie czas by je wszystkie wymieniać. Ostatnio nawet zarzucono mi, że sam stwarzam dystans i niejako nakazuję ludziom widzieć mnie, tak jak sam tego chcę. Ale wracając: pisałem już chyba kiedyś - miałem w głowie azyl. Gdy na zewnątrz było źle chowałem się gdzieś w swoim świecie, w przestrzeni własnego umysłu, do której z zewnątrz w takich momentach docierała tylko muzyka. Gdzieś zgubiłem tę umiejętność, zresztą już dawno temu. Tym bardziej zastanwiam się, co będzie ze mną kiedy pewnego dnia nie poznam sam siebie, kiedy będę potrzebował tego kawałka dobrze znanego świata, który sam stworzyłem, według własnych zasad, zgodnie z pragnieniami i żyłem z nim w symbiozie. Co jeśli któegoś dnia zapragnę się w nim schować, a nie będzie już gdzie? Co jeśli pewnego dnia nie poznam siebie?
Nie zauważyłem kiedy w tym roku zżółkły i spadły liście. I – szczerze mówiąc – niezbyt przyjemne to uczucie uświadomić sobie nagle, że przez najbliższe kilka miesięcy zielono i ciepło już nie będzie. Banalne to, ale chyba wczorajszy spacer po cmentarzu uświadomił mi upływ czasu (bez związku z umieraniem). Ale choć czas mija, to wiele rzeczy wcale się nie zmienia, z czego wiele problemów, choć ma doskonałe warunki by przestać istnieć – utrwala, czy nawet pogłębia się. Byłem niedawno u lekarza. Miła, młoda pani, ze szczerym (zdaje się) zapałem szukała przyczyn problemu. Po wielu wybitnie medycznych pytaniach (z których niektórych nawet nie rozumiałem) zapytała wreszcie o sytuację życiową, czy nie stało się ostatnio coś co przyczyniłoby się do powstania jakiegoś stresu, na co ja bez chwili zastanowienia, mając w myśli mojego chłopaka, odpowiedziałem, że wręcz przeciwnie – wszystko zaczyna mi się wreszcie układać! Ale fakty są chyba nieco inne. Abstrahując od kwestii mojego związku, wiele w życiu mam „problematycznych” sytuacji, które stale implikują nowe, i choć pozornie nawet ich nie zauważam, to składa się to jednak wręcz na paranoję, co zapewne ma jakiś negatywny przekład na mój ogólny stan, a co za tym też na związek. Od dłuższego już czasu w moim życiu, mimo iż pozornie panuje sielanka (co sam tak postrzegałem, czy też próbowałem postrzegać), coś wyraźnie jest nie tak. Ot choćby wzmiankowane nawet w poprzedniej notce problemy z koncentracją. Do tego ogólny stan niepokoju i braku radości. I tak to dziś – z ciekawością, choć przypadkiem – przeczytałem artykuł dotyczący depresji, później trafiłem na stronę w całości jej poświęconą. Po lekturze niewiele wiem więcej poza tym, że powinienem wrócić do psychologa zanim będzie za późno.
Ten blog powstał jako przestrzeń dla mojej autoterapii po „związku” zakończonym kolapsem. Dziś wiem, że cudzysłów dla słowa „związek” jest w tym wypadku bardzo potrzebny. Czas odsunął na bok emocjonalne zażyłości tworząc warunki dla (w miarę) obiektywnej oceny. Dziś przez znakomitą większość czasu myślę o tym – pomyłka. Ale ten blog przetrwał i drugi związek, zdecydowanie już pełniejszy, ale zakończony (w pewnym uogólnieniu oczywiście) niemal tak samo, czyli porzuceniem. Określenie to zdaje się sugerować iż stawiam siebie na pozycji ofiary, ale to nie tak, już nie. A jeśli nawet, to najwyżej ofiary własnych wyborów. W każdym razie, po owym drugim związku nastał okres niemal rocznej samotności. Okres, w którym – szczególnie w jego początkowym okresie – starałem się za wszelką cenę utrzymać w pamięci najmniejsze szczegóły spotkań, słów i myśli skupionych wokół tego związku. Przerażony byłem wówczas tym, jak szybko z pamięci ulatują najpierw detale, a później i całkiem znaczące fakty. Dziś to jakby mniej istotne, bo to wszystko już zamierzchła przeszłość, może nie jakoś szczególnie czasowo odległa, ale życiowo to już naprawdę lata świetlne. Ciekawym jest jednak sam mechanizm w jaki ludzie zapamiętują – jedne rzeczy na zawsze, inne tylko na chwilę, bądź nawet wcale. Ciekawym jest czym są i jak działają selektory alokujące w pamięci jedne fakty, a innych nie (czy też lokujące je na tyle daleko od świadomości, że ich dostępność jest praktycznie żadna?). Szczerze mówiąc guzik by mnie to interesowało gdyby nie fakt, że ostatnio coraz częściej wieczorem nie pamiętam co mówiłem rano, a to spora bolączka w momencie, w którym nie żyję już sam dla siebie i w pewien sposób jestem rozliczany ze swoich „przewinień” (tudzież rozliczam się sam). Nie mówię już o tym, że umyka sporo pięknych chwil, bo giną gdzieś między półkulami mózgu, a zapewne szkoda wielu z nich. Zapewne, bo skąd mam mieć pewność skoro nie pamiętam? Podobno – dość logicznie zresztą – mózg nie zapamiętuje faktów, które uznaje za nieistotne. Mniej już logicznie i chyba mniej praktycznie, w mojej pamięci głęboko zakopały się złe chwile minionego związku i kiedy coś przywołuje wspomnienie o nim, to jest ono zdecydowanie pozytywne (a może to kwestia pogodzenia się ze przeszłym złem?). Szkoda jednak teraźniejszości, szczególnie mając na względzie jej wyjątkowość i piękno. Na taką wybiórczość pamięci jestem chyba wciąż jeszcze za młody, choć mój równoletni Kochanek (by nie napisać: moje Kochanie) wybiórczością dysponuje nie mniejszą… może nawet dodatkowo perforowaną. Nie jestem w stanie wyrokować w kwestii jego selektorów, ale próbując szukać reguł działania własnych, doszedłem do wniosku że są one wyjątkowo… randomicznie. Radość z tego wniosku wypłynęła oczywiście żadna, a jedyną diagnozą zdaje się być: rozkojarzenie. W tym momencie jasnymi stało się więcej problemów... Logiczność moich słownych wypowiedzi jest ostatnio na żadnym poziomie, tak jak i ich rzeczowość; myśli rozproszone jednocześnie na wielu tematach nie są w stanie obsłużyć żadnego wątku w pełni; skuteczność planowania i działania równa zero. W praktyce mózg zdaje się być kawałkiem postrzępionej gąbki, która produkuje myśli w postaci szybko pękających mydlanych baniek. Do tego zdaje się, że nie jest to raczej nowość, ale sytuacja mająca już znamiona normy. Może więc warto wrócić do psychologa? Wniosek być może i sporego kalibru, ale w momencie w którym życie wymaga maksymalnego skupienia – prawdopodobnie bardzo trafny.
Przy okazji może i autoterapeutyczne właściwością bloga uda się odkryć na nowo? Czytałem kiedyś badania, mówiące iż blogowanie raczej wydłuża czas życia problemów, ale pewnie zależy to od podejścia. Dla mnie to przede wszystkim szansa na konkretyzację mysli, której tak bardzo czasami potrzebuję…
(Tymczasem stale i nie mniej – szczęśliwie zakochany.)
"Wszystko trzeba przeżyć" - podobno. Właśnie przeżywam życie. Bezproduktywnie. Beznamięnie. Bezsensownie. Bez...e mnie. Uderzył mnie brak mnie w moim własnym życiu. Zgubiłem się gdzieś i nie potrafię odnaleźć. Nie jestem do końca pewien czy to dobre określenie, ale nie czuję siebie, jakbym siebie stracił. Jakbym? Może straciłem, może zgubiłem gdzieś swoje dawne "ja" i zastąpiło je jakieś nieznane mi "coś", co zawiaduje moim ciałem i myślami, choć jeszcze nie zdołało opanować duszy. Jak żyję, a żyję lat niemal 23, nie byłem tak bardzo na "nie" jak obecnie; i nie jest to "nie, bo nie", to jest "nie, bo nie warto", a przynajmniej tak jestem przekonany. Przeklęte przekonanie, że nie warto, bo się nie uda, bo zawiodę, bo niepotrzebne, bo nie takie. Ale może rzeczywiście wszelkie działania są bezcelowe. Bo czy warto skoro nie ma mnie? Mam ostatnio wrażenie, że życie to ciągła szansa. Chyba nawet się nie mylę, szkoda tylko, że pojawiło się dopiero teraz, kiedy nie potrafię go wykorzystać. Bo... co jeśli są szanse, ale brak mnie, który z tych szans chciałby skorzystać. Zastanawiam się, jak bardzo może człowieka zmienić jedno życiowe niepowodzenie. Gdybym oceniał po sobie, wyszłoby chyba że bardzo. Ale czy ja się aby przesadnie nie użalam? Może osadziłem siebie w jakieś ciemnej dziurze, w której tak naprawdę mi dobrze, tylko nie chcę tego przyznać przed światem? Tak pewnie wielu sądzi. Prawdę mówiąc nie wiem już sam jak jest. Chciałbym inaczej. Chciałbym korzystać z szans, postrzegać życie jako możliwość... Brakuje mi chyba szczerej wiary we własne i innych możliwości. Kiedyś przeceniałem, dziś nie doceniam...
Klimat niektórych tekstów Lecha Janerki jest ostatnio dobrą ilustracją moich nastrojów.
Absolulu (Lech Janerka, Plagiaty, 2005) Bram nie ma | Nie ma żadnych bram | Gdy jestem sam | I w roślinny wpadam stan | Nie wykraczam raczej trwam | Raczej tylko trwam | Ciekawy stan | Nie ma dobrze | Nie ma źle | Nie ma mowy | Nie ma jej | I w końcu nie ma nic | Kompletny brak | Bez wad | Gram czegoś | Czegoś sobie gram | Minimal plan | Trochę tutaj trochę tam | Rewolucji minął czas | A wszystko takie ledwe | Blade słabe | Trumna roku | Karzeł | I absolulu nie rozumiem | Trwam | Minimal plan bez zmian | Bram nie ma | Nie ma żadnych bram | Gdy jestem sam | I w roślinny wpadam stan | Nie wykraczam raczej trwam | Raczej tylko trwam | Ciekawy stan | Nie ma dobrze | Nie ma źle | Nie ma mowy | Nie ma jej | I w końcu nie ma nic | Kompletny brak | Bez wad